|
cytaty
z tekstów Janusza Korczaka, wybór Marta Ciesielska
Marzenia, czyli...?
xxx
Wyobraźnia, jak
rozum, uczucie i wola, ma różne natężenia, różne gatunki.
Śmiała, bujna, rzutna wyobraźnia rysuje nam żywo
przyszłość i jej obowiązki, dopomaga w pracy, umila chwile
spoczynku, urozmaica życie, ubarwia je wzorzyście, choćby
samo przez się było ono bardzo szare. Za to znów miękka,
zmysłowa, rozkiełznana wyobraźnia brudzi duszę, pogrąża ją
w półśnie fantastycznych marzeń.
Wyobraźnia.[podp.
Janusz]. „Czytelnia dla Wszystkich” 1898, nr 15
xxx
Płyń, pajęcza łodzi
moja, płyń tam, gdzie jasno, wesoło, radośnie, w dal po
świecie, po szerokim. A łódź moja – to wyobraźnia, a
wiosła moje – to marzenia. Uderzam marzeniem-wiosłem,
płynę w fantazji-łodzi do światła. Chcę widzieć dobrych
ludzi kilku, bym mógł znów wierzyć w dobro [...].
Stój, łodzi moja!
Dość tej podróży. Trzeba wracać na ziemię do
rzeczywistości, do pracy, do życia. Dobre marzenie czasem;
pokrzepi jakoś, odświeży, wzmocni, rozweseli, ale nie z
marzeń, nie ze snów życie się składa, ale z prawdy i
znoju.
Marzenie. [podp.
Janusz]. „Czytelnia dla Wszystkich” 1899, nr 7
xxx
Kim jest
poeta, pisarz, jeśli nie marzycielem, który snuje rojenia
swe, przelewa je na papier? Tylko marzenia jego dotyczą
nie jednego, nie dwóch, ale wielu ludzi, marzenia jego są
czyste i jasne.
Tak,
czytelnicy, i wy jesteście twórcami, poetami w marzeniach
waszych, i wy tworzycie to, co nie istnieje, ale istnieć
może, ale pragniecie, by istniało, dążycie do tego.
Marzenia – to
kompas życia naszego. One kierunek postępkom naszym,
krokom naszym wskazują. Więc strzeżmy ich [...].
Bo życie bez
marzeń, jak słońce bez promieni, jak tęcza bez barw
żywych, byłoby szare, smutne.
Marzenie.
(Pogadanka). [podp. G.]. „Czytelnia dla Wszystkich”
1901, nr 21
xxx
...marzenia
[...] czyste, szlachetne, dobro ludzi mające za cel
ostateczny. Co życie zrobi z dziećmi – marzycielami, jak
okradać je będzie ze złudzeń, ile goryczy w dusze im
wtłoczy. Oj, niemało...
Przez życie. [podp.
Janusz]. „Czytelnia dla Wszystkich” 1901, nr 24
xxx
Opowiem wam,
moi mili, bajkę ciekawą o życiu-macosze, a
pacholęciu-marzeniu...
Ot,
pacholę-marzenie, lnianowłose, modrookie, dziecię
najmłodsze siwego nieba, dostało się tu nam, ludziom, na
spoczynek od trosk przyziemnych, dostało się życiu-macosze
złej, brzydkiej, zawistnej i swarliwej – na poniewierkę.
Pokochali
ludziska owo chłopię-marzenie, to wesołe, to znów smutne,
że im rzewne baje bajało. Pokochali je ludziska i
najmłodsi, i najstarsi, a macocha wściekła była baba,
zawistna.
I działo się tak:
Marzenie dziwy
opowiada, cudne roi sny, a tu życie się zakrada i mokrą
ścierką od garnków buch! marzenie w plecy, buch! w głowę
rozognioną, buch! w twarzyczkę spłonioną natchnieniem.
Marzenie dziwy
opowiada, aż mu lniana czupryna nad białym czołem się
zwichrzy, aż mu oczy, pacholęciu, jak dwie gwiazdy świecą
w źrenicach szerokich, aż mu, pacholęciu, pierś się wznosi
w głębokim oddechu, a tu życisko-macocha jak nie zamachnie
się, jak pomarszczonej żółtej dłoni nie zwinie w pięść
twardą – i prask! marzenie, prask – prask! z jednej i
drugiej strony, i jak nie krzyknie:
– A won,
jucho, a won, raku przeklęty, a precz, zatracony
próżniaku!
Aż marzenie
łzami się zaleje i precz pójdzie...
Źle się działo
chłopięciu.
Smutne,
sińcami okryte, z buzią spuchniętą, oczyma w sinych
obwódkach – tułało się po ziemi.
I oto siwy
tata-niebo użalał się nad dziecięciem pokrzywdzonym i
myślał, myślał, długo myślał, aż mu się czoło okryło
zmarszczkami chmur, aż mu łzy deszczem po zmarszczonej
twarzy na ziemię spływały, aż wichrem sapał przeciągle, aż
spod krzaczastych brwi piorunem z gniewu na życie-macochę
łypnął i myślał długo, długo myślał i... dał
pacholęciu-marzeniu dwoje białych skrzydeł z promieni
słonecznych i podmuchów wietrzyka poranku letniego.
I rozhulało
się marzenie-pacholę. I rozwinęło lekkie skrzydła swoje, i
fruwać poczęło, i szczebiotać, i swawolić, to ku ludziom,
to ku słońcu, z ręką ku górze wzniesioną i palcem
wskazującym zwróconym ku słońcu.
Aż ludzie patrzyli za
nim, młodym i jasnym, marzeniem-chłopięciem ukochanym,
patrzyli z uśmiechem i rzewnie.
A
życie-macocha na próżno pianą pluje, gryzie własne pięści,
przeklina i złorzeczy:
– A bodajeś
sczezło. A bodajeś zmarniało. A bodajeś było zgniło w
łonie matki. Poczekaj, jeszcze ja cię przydybię i już
żywego nie puszczę: skórę zedrę – jak rubla kocham – nie
popuszczę – nie pożałuję.
Rozigrane
marzenie język jej pokazało i, śmiejąc się zalotnie,
płoche, na nosie jak łobuz zagrało.
– Nie
gniewajcie się, matulu – powiada. – Jeszcze ja tu taką
ładną bajeczkę ułożę dla ciebie, że sama się zasłuchasz, o
śmietniku zapomnisz i będziesz prosiła, bym więcej
opowiadał, gdy skończę.
– Nie
doczekanie twoje, utrapieńcze – odparła macocha.
I nagle wzrok
chmurny spuściła ku ziemi.
Bo marzenie
było tak cudne w swym naiwnym, bez trosk weselu, tak
wdzięczne, czyste i lekkie w swej młodości, tak uroczo
zwiewne na pajęczynie promiennych skrzydeł, przepasane
zalotnie tęczy szarfą, że życie-macocha poczuła, jak w jej
zwiędłej, zeschłej piersi coś drgnęło, załopotało, coś
westchnęło za pasierbem-marzeniem.
I rozmściwiona,
wściekła, tym silniej znienawidziła uskrzydlonego druha
ludzkości.
Marzenie-pacholę,
płoszone, ścigane, ukradkiem, chyłkiem jeno spływać mogło
na chwilę, czary rozwiewać, i już życie wrzaskliwe,
prostackie, z czerwonymi od niewyspania ślepiami,
zamorusane, spocone, niecąc woń przypalonego mleka i
przydymionej pieczeni, biegło, by je ścierką lub
warząchwią – gonić, odpędzać, grozić mu i spieczonymi od
skwaru ustami przeklinać.
Bywało,
zasłucha się człowiek, na krótką chwilę sprzeniewierzony
życiu-macosze, uśmiechnie się bladymi wargami do
marzenia-trzpiota, a tu życie pędzi, rękami wywija,
wrzeszczy, pluje, urąga, a nie mogąc doścignąć lotnego
bajarza – łupnie w pysk słuchacza.
Więc, proszę
was, ludziska mniej chętnie zrazu, potem z pewną obawą, a
potem już i wcale nie chcieli słuchać marzenia.
– Ty sobie –
mówią – uciekniesz swobodnie, a my za ciebie cięgi
odbierać będziemy?
I tylko
młodzi, mniej wrażliwi na rózgę, mniej znający życie,
żyjąc więcej głębią własnego świata, do którego życie
trudniejszy ma dostęp, słuchali chciwie. I do nich
zwróciło się marzenie – echo radosne, pieśń, dziecię
papy-safanduły, nieba siwego, i im mozaikę różnobarwną,
bukiet stuwonny, symfonię studźwięczną śpiewało.
Ale w piersi
uroczego chłopięcia dobre serce biło. Żal mu ścisnął
serduszko:
– Biedni
starzy!... Oni nie chcą mnie słuchać, bo się boją macochy
mojej... Toć i ja jej się bałem, i tata, wszyscy się
boją...
I westchnęło.
A papa usłyszał
westchnienie, usłyszał słowa syna, więc wstyd mu było, że
się tak babie usidlić pozwolił.
Zwinął białą,
śnieżną płachtę zachowawczego dziennika i cisnął na
ziemię. Wciągnął w płuca wielką moc powietrza i dmuchnął z
pasją, aż mróz poszedł po ziemi i rzeki ze strachu
stanęły. Potarł zachmurzone czoło, drapać się począł w
siwe włosy, aż …śnieg walnął na ziemię, i huknął w
przystępie niepohamowanej złości:
– Ej, babo!
Ej, babo, nie wojuj!
I życie, po
raz pierwszy ponoć, zła baba – dziw nad dziwy – przelękła
się zagniewanego małżonka.
Trwało to
krótką chwilę zaledwie. Skorzystał z niej stary i rzekł do
syna:
– A ty, smyku,
rób sobie, co chcesz. O nic nie pytaj.
I
pacholę-marzenie, zarumienione z chłodu, wzruszenia,
radości i obawy, jak ci nie zacznie gospodarować. [...]
Wiedziało
przebiegłe pacholę, że ludzie lubią marzyć o
losie-swobodzie, o słońcu-świetle, o rosie ożywczej, że
ludzie są dzieci bądź co bądź [...].
Aż się papa
zafrasował, widząc robotę marzenia-urwisa. A
macocha-życie, gdy przyszła do siebie i ujrzała swawolę
pasierba, bardzo zła, ale nie mniej zafrasowana, pięść
zwinęła i nie przeszkadzając tym razem ludziom syknęła:
–
Poczekajcie! Zapłacicie mi za to!...
Przyjemnych
marzeń, Czytelnicy... choćby przy okazji świąt.
Życie i marzenie.
[podp. Hen-Ryk]. „Kolce” 1903, nr 52
xxx
A czy
pamiętasz owe marzenia chłopięce, dumne?
A czy
pamiętasz to rwanie się wyżej, wyżej – na szczyty?
O sławie
marzyłeś i ludzkość szczęśliwą widzieć pragnąłeś – i
mówiono, że dzieckiem jesteś kapryśnym; ty czułeś, że
dzieckiem być już przestałeś. [...] I gdyś ty świat
reformował, bohaterów wzywał, przyjaciela szukał – kazano
ci przynosić piątki z uwagi i algebry.
*
Po przeczytaniu fantastycznej Podróży naokoło
księżyca [Julesa Verne’a] – marzyłem nocami, że w kuli
stalowej odbywam tę podróż...
Umilkły oklaski żegnającego tłumu.
Ziemia coraz szybciej zapada się, ucieka sprzed
oczu. Kula stalowa pędzi szalonym lotem w górę – nic już
jej nie powstrzyma.
Miasto coraz mniejsze,
mniejsze – chmura mi je zakryła.
Cisza. Wielka cisza w bezruchu.
Już Ziemia złotą tarczą jest tylko, z plamami
mórz i lądów, jak na ślepej mapie. A wokół czarno i zimno.
I nagle budzi
się we mnie miłość Ziemi. Zatapia mię ból, kąsa tęsknota –
zrywa się upiorny lęk przed tą samotnością w bezkresie.
Wrócić,
wrócić!
Wrócić, rozbić
się o skały, ale być trupem bezkształtnym – tam – na Ziemi
– pośród swoich – tam, gdzie są wszyscy razem: mama,
tatuś, Jadwisia i wszyscy ludzie...
Bezradny i
drżący tuliłem się, dziecko, do poduszki – i płakałem
prawdziwymi łzami – i zasypiałem zmęczony.
Była w tym
dziwnym marzeniu potrzeba kochania, potrzeba męki i
prorocza obawa samotności...
*
Bronek przyniósł mi
swój utwór pod tytułem Młodość. [...] Czytał mi
sam:
„Młodość –
hej – młodość! Ileż potęgi, ileż siły mieści się w tym
wyrazie tak krótkim, a tyle zawierającym treści. [...]
Fantazja, natchnienie, wyobraźnia – przypina młodemu
Ikarowi skrzydła, a ten, niebaczny, pędzi ku słońcu jak
ćma oślepiony jego blaskami: O! Jak piękna jest ta podróż
na skrzydłach wyobraźni, która niesie hen, hen w górę!!!
[...]
Ha, ha!
Marzenia. O, nie zastąpią one rzeczywistości. Po co
wyrywać się w zaczarowane krainy, aby spaść znów na ziemię
z przebitym bólem sercem? Po co patrzeć przez różowe
szkiełka optymizmu, kiedy świat weń rzuci kamieniem? Po co
kochać i idealizować chuć, którą jest miłość? Po co uczyć
się, aby po latach dowiedzieć się, że więcej człowiek
umieć nie może, bo to niedostępne? Wierzyć w ideały? Kiedy
wszyscy mówią: <Nie ma ideałów>. [...]
Fantazja. A
wiosła? Marzenia. I znów w wątłej łódce rzucam się w wir
wszechświatów, nie zważając, że mogę stracić równowagę i
spaść w rozpalone łono słońca i spłonąć...”.
Oczy chłopca
płonęły. Na śniade policzki wystąpił rumieniec.
Odgarnąłem mu
włosy i pocałowałem w czoło.
– Ty marzysz, Bronku! –
szepnąłem. [...] Zbiór frazesów sztubackich. Ale w tym
jest dusza twoja, która roi, poszukuje, która wiele będzie
cierpiała... Nie, Broniu – słońce nie stanie, kiedy ty –
młodzieniec, powiesz mu: „Stań”; gromy nie umilkną, gdy im
powiesz: „Milczcie”. To tylko tak jest w wierszykach,
ładnych wierszykach, ale nie w życiu. [...] Chcesz mieć we
mnie przyjaciela, Bronku?
– Tak.
– Ale ty masz
tajemnice, których nie powierzyłbyś nikomu – prawda?
– Tak.
– Ani mnie
także?
– Ani panu...
– Bronku, ty
się onanizujesz – powiedziałem szybko.
– Nie! –
wrzasnął, pochylając głowę.
– I marzysz o
sławie, bo myślisz, że prędko umrzesz na suchoty albo
zwariujesz – dokończyłem.
– I co? –
szepnął, patrząc mi w oczy badawczo.
– Nic. To
nieprawda... Tylko musisz mieć kogoś, któremu ufasz –
żebyś nie był sam – żebyś nie był sierotą.
Dziecko salonu.
Warszawa 1906
xxx
Komu nasz
[Domu Sierot] program wyda się zbyt górnym, niech wspomni,
że mocno wzlecieć trzeba i wzbić się wysoko, by opadając
powoli przebiec jednak wiele drogi.
Komu ten
program wyda się fantastycznym może, niech pomyśli, że nie
dość mieć metalowy motor, by w wyżynach szybować, ale i –
skrzydła.
Ku otwarciu Domu
Sierot. Warszawa 1913
xxx
...hasło
„Sława”, która jest rzeczownikiem nieśmiertelnym. [...]
Dzieci! Dumne
miejcie zamiary, górne miejcie marzenia i dążcie do sławy.
– Coś z tego zawsze się stanie.
Sława. Warszawa
1913[ostatnie wznowienie 1939]
xxx
Nie chcę żyć w
prozie życia jak inni, czy mi z tym dobrze? Sam nie wiem.
Cel, do
którego dążę,
przyobleka się w coraz to nowe formy, a zawsze
nieokreślone.
*
Nie mam sił kompletnie ani się uczyć, ani czym
zająć. [...]
...cierpię wskutek tej pogoni za niedoścignionym
ideałem. Czy go dosięgnę, czy się załamię i padnę pod
ciosem losu?
*
...smutki
osładzałem marzeniami, żyłem rojeniami. D z i ś b o j ę
s i ę m o i c h m y ś- l i i m a r z e ń, a życie bez
marzeń – to śmierć. [...]
...życie bez
marzeń i nadziei byłoby niemożebne. Największy sceptyk i
pesymista wierzy i ma nadzieję; może wstydzi się do tego
przyznać, sam siebie okłamuje, wpajając w siebie zasadę,
że nie wierzy.
*
...nie czytam, nie marzę. [...] Czyżby starość?
*
Marzenia – to morfina duszy.
*
Marzenia
uchroniły mnie od letargu – zawdzięczam im życie.
Spowiedź motyla.
Warszawa 1914
xxx
Zabawa
w Robinsona zmieniała się w marzenie o podróży, zabawa w
zbójców w marzenie o przygodach.
Znów nie
wystarcza życie, więc marzenie jest ucieczką od niego.
Brak materiału do myślenia, zjawia się jego forma
poetycka. W marzenia spływają uczucia, które nie znajdują,
które nie znajdują ujścia. Marzenie jest programem życia.
Gdybyśmy je umieli odczytywać, widzielibyśmy, że marzenia
się spełniają.
Jeśli chłopak
z ludu marzy, by zostać lekarzem, a zostaje posługaczem
szpitalnym, to wypełnił swój program życiowy. Jeśli marzy
o bogactwach, a umiera na tapczanie, to tylko pozorne
rozbicie marzeń: nie marzył o pracy zdobywania, a o
rozkoszach trwonienia; marzył o spijaniu się szampanem, a
spijał szpagatówkę; marzył o salonach, a hulał w
szynkowni; chciał rozrzucać złoto, ale rozrzucał
miedziaki. Marzył, by zostać księdzem, a jest
nauczycielem, nie, tylko stróżem domu; ale został księdzem
jako wychowawca, księdzem jako stróż.
Marzyła, że
jest groźną królową; a czy nie tyranizuje męża i dzieci,
wyszedłszy za mąż za drobnego urzędnika? Marzyła, że jest
ukochaną królową; a czy nie króluje w szkółce ludowej?
Marzyła, że jest sławną królową; czy nie zdobyła rozgłosu
jako niezwykła, wyjątkowa szwaczka czy buchalterka?
Co pcha
młodzież do artystycznej cyganerii? Jednych rozwiązłość,
drugich egzotyczność, trzecich impet, ambicja, kariera; a
tylko ten jeden kocha sztukę, ten jeden z całego grona
jest naprawdę artystą, ten jeden sztuki nie sprzeda; umarł
w nędzy i zapomnieniu, ale marzył o zwycięstwie, a nie o
zaszczytach i złocie. […] życie jest bardziej logiczne,
niż sądzimy.
Marzyła o
klasztorze, znalazła się w domu rozpusty, ale pozostałą
siostrą miłosierdzia, która poza urzędowymi godzinami
pielęgnuje chore towarzyszki, koi ich smutki i cierpienia.
Inna pragnęła bawić się i bawi się doskonale w przytułku
dla rakowatych, aż umierający się uśmiecha, słuchając jej
paplaniny, śledząc dogasającym wzrokiem za jej pogodną
postacią…
Nędza.
Uczony
o niej m y ś l i, badając, projektując, tworząc teorie i
hipotezy; młodzieniec
m a r z y, że zbuduje
szpitale, rozdaje jałmużnę…
W marzeniach
dzieci jest Eros, do czasu nie ma w nich Wenery. Szkodliwą
jest jednostronna formuła, że miłość to egoizm gatunku.
Dzieci kochają osoby tej samej płci, starców, ludzi nigdy
niewidzianych, nawet nieistniejących. Nawet doznając uczuć
pożądania długo jeszcze kochają ideał, nie ciało.
Potrzeba
walki, ciszy, gwaru, pracy, ofiary; chęć posiadania,
używania, poszukiwań; ambicja, naśladownictwo bierne,
wszystko to znajduje wyraz w marzeniu, niezależnie od jego
formy.
Życie
urzeczywistnia marzenia, ze stu marzeń młodzieńca lepi
jeden posąg rzeczywistości.
Jak kochać dziecko.
Dziecko w rodzinie. Warszawa 1920, 1929
xxx
...obrazki,
pocztówki, sznurki, gwoździki, kamyki, gałganki, paciorki,
pudełka, flaszeczki, szkiełka kolorowe, marki, ptasie
piórka, szyszki, kasztany, wstążeczki, zasuszone liście i
kwiaty, papierowe figurki, bilety tramwajowe, ułamki
czegoś, co było, zawiązki tego, co ma być czymś dopiero.
Każdy drobiazg ma swoją często bardzo zawiłą historię i
odmienne pochodzenie, i różną wartość, uczuciowo bardzo
cenną niekiedy. Są tu wspomnienia przeszłości i tęsknota
przyszłości. Mała muszelka jest marzeniem o podróży do
morza, śrubka i kilka drucików – aeroplan, dumne rojenie o
lotnictwie; oko dawno stłuczonej lalki – jedyna pamiątka
po ukochaniu, którego już nie ma i nie będzie. [...]
...wychowawca-brutal, nie rozumiejąc, więc lekceważąc, w
gniewie, [...] w przystępie złego humoru – zbiera te
skarby do kupy i wyrzuca śmiecie do pieca. Popełnia
niesłychane nadużycie, barbarzyńskie przestępstwo. Jak
śmiesz, chamie, rozporządzać się cudzą własnością? Jak
śmiesz potem żądać, by dzieci cośkolwiek szanowały i
kogokolwiek kochały? Palisz nie papierki, a ukochanie
tradycji i rojenie o pięknym życiu.
Jak kochać dziecko.
Dom Sierot. Warszawa 1920, 1929
xxx
Trzeba kochać
życie. Kochać i wysoko cenić każdą godzinę, każdą chwilę.
Nie jest zmarnowana godzina, w której dziecko b a w i s i
ę, a młodzieniec – m a r z y. Jeśli tylko marzenie jest
cichym wypoczynkiem, a nie rojeniami, upiększającymi
dramatyczną teraźniejszość.
[tłum. z j. żydowskiego]
Błędne myślenie.„Dos Kind“ 1926, nr 4
xxx
Siostrą
marzenia jest nadzieja.
Prospekt „Małego
Przeglądu” na rok 1927–28. „Mały Przegląd” 1927, nr 49
xxx
Ach, marzenia młodości.
Przyjemnie w
cichym pokoju albo w łóżku myśleć o tym, co będzie. Marzyć
o podróżach i przygodach, że się jest sławnym wodzem albo
rozdaje biednym pieniądze, że się jest uczonym, poetą,
śpiewakiem albo skromnym nauczycielem, szanowanym i
kochanym przez ludzi.
Marzy się, że
nie wszystko się udawało, że były przeszkody, trudności,
nawet walki i niebezpieczeństwa. – Ale przeszkody są
przyjemne w marzeniach, bo dzięki nim dłuższa bajka,
samemu sobie opowiadana, bo można w każdej chwili
zwyciężyć, i dobrze się skończy.
Pytałem się
raz w klasie: czym kto chce być. – Jeden chłopiec
powiedział:
–
Czarnoksiężnikiem.
Zaczęli się
śmiać. – Chłopiec zawstydził się i dodał:
– Będę pewnie
sędzią, jak mój tatuś; ale pan się przecież pytał, czym
chcę być.
I taki właśnie
śmiech, a potem i przezwiska uczą nieszczerości i
ukrywania. Przecież każde marzenie jest jakby bajka
czarnoksięska.
A pożyteczne i
ważne są marzenia. Nie od razu wiec człowiek, do czego się
ma przygotować. Rozmaicie układa, aż z różnych dziesięciu
marzeń jeden program życia układa.
Jaka jest
różnica między marzeniem a programem?
Marzenie jest
wypoczynkiem, przyjemnością, nie nakłada żadnych
obowiązków. Mówią:
– Buja w
obłokach, myśli o niebieskich migdałach, pragnie gwiazdki
z nieba.
No tak: płynie
samolotem wyobraźni, myśli dla rozrywki o tym, czego nie
ma, wpatrzony w gwiazdy. – Tęskni, pragnie. Właśnie.
Dorośnie do
programu, który jest poważny, surowy, twardy. Żąda,
obowiązuje.
Program – to
jak ślubowanie, przysięga na sztandar życia.
Postanowił,
zaczyna i dąży z wolna i wytrwale.
– Z geografii
mam piątkę, uczę się obcych języków, oglądam mapy, atlasy,
poznaję dokładnie swoje miasto i okolice, czytam powieści
o przygodach. o zwierzętach i ludziach. Będę podróżnikiem.
– Chętnie
rozmawiam i bawię się z młodszymi. Odpowiadam cierpliwie
na ich pytania, objaśniam, tłumaczę, pomagam, słucham ich
skarg. Dobry jestem dla małej siostry albo brata. Opowiem
bajkę, pokażę obrazki, pożyczę książkę, łagodny i
wyrozumiały. Będę nauczycielem.
– Staram się
poznać własne wady i zalety. Złośnik nie może być ani
wodzem, ani pilotem, ani wychowawcą dobrym. – Chcę być
sprawiedliwym, punktualnym, rozważnym, odważnym, karnym i
szczerym.
– Chcę mieć
silną wolę.
Kto tylko
marzyć umie i czeka, aż samo przyjdzie i samo się zrobi –
ten może dąsać się będzie, że jest inaczej i trudno.
– Kocham to,
co trudne. Chcę zdobywać, chcę być zwycięzcą. Znam siebie.
Umiem milczeć i rozkazywać. Jestem mężny i cierpliwy.
Łagodny dla innych, surowy dla siebie. – I wesół: nie
dąsam się, nie oskarżam.
– Mam tyle
lat, ile mam. Nie wstydzę się mej młodości ani moich
myśli, ani uczuć. – Zmuszę do szacunku dla siebie i celu,
któremu służę.
Prawidła życia.
Warszawa 1930
xxx
Trzeba
wiedzieć, trzeba ufać, trzeba nawet marzyć.
Stenogram
Jubileuszowego Zebranie Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”,26
XI 1933
xxx
...trzeba być
ostrożnym w czynach i odważnym, szalonym w rojeniach.
list do
rodziny Simchoni
[z Ein
Harod, Palestyna], 17.2.1935
Powyższe teksty ale jako plik
tekstowy WORD - pobierz
Powrót do
Biuletynu
|