cytaty z tekstów Janusza Korczaka, wybór Marta Ciesielska

Marzenia, czyli...?

xxx

Wyobraźnia, jak rozum, uczucie i wola, ma różne natężenia, różne gatunki. Śmiała, bujna, rzutna wyobraźnia rysuje nam żywo przyszłość i jej obowiązki, dopomaga w pracy, umila chwile spoczynku, urozmaica życie, ubarwia je wzorzyście, choćby samo przez się było ono bardzo szare. Za to znów miękka, zmysłowa, rozkiełznana wyobraźnia brudzi duszę, pogrąża ją w półśnie fantastycznych marzeń.

Wyobraźnia.[podp. Janusz]. „Czytelnia dla Wszystkich” 1898, nr 15

xxx

Płyń, pajęcza łodzi moja, płyń tam, gdzie jasno, wesoło, radośnie, w dal po świecie, po szerokim. A łódź moja – to wyobraźnia, a wiosła moje – to marzenia. Uderzam marzeniem-wiosłem, płynę w fantazji-łodzi do światła. Chcę widzieć dobrych ludzi kilku, bym mógł znów wierzyć w dobro [...].

Stój, łodzi moja! Dość tej podróży. Trzeba wracać na ziemię do rzeczywistości, do pracy, do życia. Dobre marzenie czasem; pokrzepi jakoś, odświeży, wzmocni, rozweseli, ale nie z marzeń, nie ze snów życie się składa, ale z prawdy i znoju.

Marzenie. [podp. Janusz]. „Czytelnia dla Wszystkich” 1899, nr 7

xxx

         Kim jest poeta, pisarz, jeśli nie marzycielem, który snuje rojenia swe, przelewa je na papier? Tylko marzenia jego dotyczą nie jednego, nie dwóch, ale wielu ludzi, marzenia jego są czyste i jasne.

         Tak, czytelnicy, i wy jesteście twórcami, poetami w marzeniach waszych, i wy tworzycie to, co nie istnieje, ale istnieć może, ale pragniecie, by istniało, dążycie do tego.

         Marzenia – to kompas życia naszego. One kierunek postępkom naszym, krokom naszym wskazują. Więc strzeżmy ich [...].

         Bo życie bez marzeń, jak słońce bez promieni, jak tęcza bez barw żywych, byłoby szare, smutne.

Marzenie. (Pogadanka). [podp. G.]. „Czytelnia dla Wszystkich” 1901, nr 21

 

xxx

         ...marzenia [...] czyste, szlachetne, dobro ludzi mające za cel ostateczny. Co życie zrobi z dziećmi – marzycielami, jak okradać je będzie ze złudzeń, ile goryczy w dusze im wtłoczy. Oj, niemało...

Przez życie. [podp. Janusz]. „Czytelnia dla Wszystkich” 1901, nr 24

  

xxx

         Opowiem wam, moi mili, bajkę ciekawą o życiu-macosze, a pacholęciu-marzeniu...

         Ot, pacholę-marzenie, lnianowłose, modrookie, dziecię najmłodsze siwego nieba, dostało się tu nam, ludziom, na spoczynek od trosk przyziemnych, dostało się życiu-macosze złej, brzydkiej, zawistnej i swarliwej – na poniewierkę.

         Pokochali ludziska owo chłopię-marzenie, to wesołe, to znów smutne, że im rzewne baje bajało. Pokochali je ludziska i najmłodsi, i najstarsi, a macocha wściekła była baba, zawistna.

         I działo się tak:

         Marzenie dziwy opowiada, cudne roi sny, a tu życie się zakrada i mokrą ścierką od garnków buch! marzenie w plecy, buch! w głowę rozognioną, buch! w twarzyczkę spłonioną natchnieniem. 

         Marzenie dziwy opowiada, aż mu lniana czupryna nad białym czołem się zwichrzy, aż mu oczy, pacholęciu, jak dwie gwiazdy świecą w źrenicach szerokich, aż mu, pacholęciu, pierś się wznosi w głębokim oddechu, a tu życisko-macocha jak nie zamachnie się, jak pomarszczonej żółtej dłoni nie zwinie w pięść twardą – i prask! marzenie, prask – prask! z jednej i drugiej strony, i jak nie krzyknie:

         – A won, jucho, a won, raku przeklęty, a precz, zatracony próżniaku! 

         Aż marzenie łzami się zaleje i precz pójdzie...

         Źle się działo chłopięciu.

         Smutne, sińcami okryte, z buzią spuchniętą, oczyma w sinych obwódkach – tułało się po ziemi.

         I oto siwy tata-niebo użalał się nad dziecięciem pokrzywdzonym i myślał, myślał, długo myślał, aż mu się czoło okryło zmarszczkami chmur, aż mu łzy deszczem po zmarszczonej twarzy na ziemię spływały, aż wichrem sapał przeciągle, aż spod krzaczastych brwi piorunem z gniewu na życie-macochę łypnął i myślał długo, długo myślał i... dał pacholęciu-marzeniu dwoje białych skrzydeł z promieni słonecznych i podmuchów wietrzyka poranku letniego.

         I rozhulało się marzenie-pacholę. I rozwinęło lekkie skrzydła swoje, i fruwać poczęło, i szczebiotać, i swawolić, to ku ludziom, to ku słońcu, z ręką ku górze wzniesioną i palcem wskazującym zwróconym ku słońcu.

         Aż ludzie patrzyli za nim, młodym i jasnym, marzeniem-chłopięciem ukochanym, patrzyli z uśmiechem i rzewnie.

         A życie-macocha na próżno pianą pluje, gryzie własne pięści, przeklina i złorzeczy:

         – A bodajeś sczezło. A bodajeś zmarniało. A bodajeś było zgniło w łonie matki. Poczekaj, jeszcze ja cię przydybię i już żywego nie puszczę: skórę zedrę – jak rubla kocham – nie popuszczę – nie pożałuję.

         Rozigrane marzenie język jej pokazało i, śmiejąc się zalotnie, płoche, na nosie jak łobuz zagrało.

         – Nie gniewajcie się, matulu – powiada. – Jeszcze ja tu taką ładną bajeczkę ułożę dla ciebie, że sama się zasłuchasz, o śmietniku zapomnisz i będziesz prosiła, bym więcej opowiadał, gdy skończę.

         – Nie doczekanie twoje, utrapieńcze – odparła macocha.

         I nagle wzrok chmurny spuściła ku ziemi.

         Bo marzenie było tak cudne w swym naiwnym, bez trosk weselu, tak wdzięczne, czyste i lekkie w swej młodości, tak uroczo zwiewne na pajęczynie promiennych skrzydeł, przepasane zalotnie tęczy szarfą, że życie-macocha poczuła, jak w jej zwiędłej, zeschłej piersi coś drgnęło, załopotało, coś westchnęło za pasierbem-marzeniem.

         I rozmściwiona, wściekła, tym silniej znienawidziła uskrzydlonego druha ludzkości.

         Marzenie-pacholę, płoszone, ścigane, ukradkiem, chyłkiem jeno spływać mogło na chwilę, czary rozwiewać, i już życie wrzaskliwe, prostackie, z czerwonymi od niewyspania ślepiami, zamorusane, spocone, niecąc woń przypalonego mleka i przydymionej pieczeni, biegło, by je ścierką lub warząchwią – gonić, odpędzać, grozić mu i spieczonymi od skwaru ustami przeklinać.

         Bywało, zasłucha się człowiek, na krótką chwilę sprzeniewierzony życiu-macosze, uśmiechnie się bladymi wargami do marzenia-trzpiota, a tu życie pędzi, rękami wywija, wrzeszczy, pluje, urąga, a nie mogąc doścignąć lotnego bajarza – łupnie w pysk słuchacza.

         Więc, proszę was, ludziska mniej chętnie zrazu, potem z pewną obawą, a potem już i wcale nie chcieli słuchać marzenia.

         – Ty sobie – mówią – uciekniesz swobodnie, a my za ciebie cięgi odbierać będziemy?

         I tylko młodzi, mniej wrażliwi na rózgę, mniej znający życie, żyjąc więcej głębią własnego świata, do którego życie trudniejszy ma dostęp, słuchali chciwie. I do nich zwróciło się marzenie – echo radosne, pieśń, dziecię papy-safanduły, nieba siwego, i im mozaikę różnobarwną, bukiet stuwonny, symfonię studźwięczną śpiewało.

         Ale w piersi uroczego chłopięcia dobre serce biło. Żal mu ścisnął serduszko:

         – Biedni starzy!... Oni nie chcą mnie słuchać, bo się boją macochy mojej... Toć i ja jej się bałem, i tata,  wszyscy się boją...  

         I westchnęło.

         A papa usłyszał westchnienie, usłyszał słowa syna, więc wstyd mu było, że się tak babie usidlić pozwolił.

         Zwinął białą, śnieżną płachtę zachowawczego dziennika i cisnął na ziemię. Wciągnął w płuca wielką moc powietrza i dmuchnął z pasją, aż mróz poszedł po ziemi i rzeki ze strachu stanęły. Potarł zachmurzone czoło, drapać się począł w siwe włosy, aż …śnieg walnął na ziemię, i huknął w przystępie niepohamowanej złości:

         – Ej, babo! Ej, babo, nie wojuj!

         I życie, po raz pierwszy ponoć, zła baba – dziw nad dziwy – przelękła się zagniewanego małżonka.

         Trwało to krótką chwilę zaledwie. Skorzystał z niej stary i rzekł do syna:

         – A ty, smyku, rób sobie, co chcesz. O nic nie pytaj.

         I pacholę-marzenie, zarumienione z chłodu, wzruszenia, radości i obawy, jak ci nie zacznie gospodarować. [...]

         Wiedziało przebiegłe pacholę, że ludzie lubią marzyć o losie-swobodzie, o słońcu-świetle, o rosie ożywczej, że ludzie są dzieci bądź co bądź [...].

         Aż się papa zafrasował, widząc robotę marzenia-urwisa. A macocha-życie, gdy przyszła do siebie i ujrzała swawolę pasierba, bardzo zła, ale nie mniej zafrasowana, pięść zwinęła i nie przeszkadzając tym razem ludziom syknęła:

         – Poczekajcie! Zapłacicie mi za to!... 

 

         Przyjemnych marzeń, Czytelnicy... choćby przy okazji świąt.

Życie i marzenie. [podp. Hen-Ryk]. „Kolce” 1903, nr 52  

 

xxx

         A czy pamiętasz owe marzenia chłopięce, dumne?

         A czy pamiętasz to rwanie się wyżej, wyżej – na szczyty?

         O sławie marzyłeś i ludzkość szczęśliwą widzieć pragnąłeś – i mówiono, że dzieckiem jesteś kapryśnym; ty czułeś, że dzieckiem być już przestałeś. [...] I gdyś ty świat reformował, bohaterów wzywał, przyjaciela szukał – kazano ci przynosić piątki z uwagi i algebry.

*

         Po przeczytaniu fantastycznej Podróży naokoło księżyca [Julesa Verne’a] – marzyłem nocami, że w kuli stalowej odbywam tę podróż...

         Umilkły oklaski żegnającego tłumu.

         Ziemia coraz szybciej zapada się, ucieka sprzed oczu. Kula stalowa pędzi szalonym lotem w górę – nic już jej nie powstrzyma.

         Miasto coraz mniejsze, mniejsze – chmura mi je zakryła.

         Cisza. Wielka cisza w bezruchu.

         Już Ziemia złotą tarczą jest tylko, z plamami mórz i lądów, jak na ślepej mapie. A wokół czarno i zimno.

         I nagle budzi się we mnie miłość Ziemi. Zatapia mię ból, kąsa tęsknota – zrywa się upiorny lęk przed tą samotnością w bezkresie.

         Wrócić, wrócić!

         Wrócić, rozbić się o skały, ale być trupem bezkształtnym – tam – na Ziemi – pośród swoich – tam, gdzie są wszyscy razem: mama, tatuś, Jadwisia i wszyscy ludzie... 

         Bezradny i drżący tuliłem się, dziecko, do poduszki – i płakałem prawdziwymi łzami – i zasypiałem zmęczony.

         Była w tym dziwnym marzeniu potrzeba kochania, potrzeba męki i prorocza obawa samotności...

*

         Bronek przyniósł mi swój utwór pod tytułem Młodość. [...] Czytał mi sam:

         „Młodość – hej – młodość! Ileż potęgi, ileż siły mieści się w tym wyrazie tak krótkim, a tyle zawierającym treści. [...] Fantazja, natchnienie, wyobraźnia – przypina młodemu Ikarowi skrzydła, a ten, niebaczny, pędzi ku słońcu jak ćma oślepiony jego blaskami: O! Jak piękna jest ta podróż na skrzydłach wyobraźni, która niesie hen, hen w górę!!! [...]

         Ha, ha! Marzenia. O, nie zastąpią one rzeczywistości. Po co wyrywać się w zaczarowane krainy, aby spaść znów na ziemię z przebitym bólem sercem? Po co patrzeć przez różowe szkiełka optymizmu, kiedy świat weń rzuci kamieniem? Po co kochać i idealizować chuć, którą  jest miłość? Po co uczyć się, aby po latach dowiedzieć się, że więcej człowiek umieć nie może, bo to niedostępne? Wierzyć w ideały? Kiedy wszyscy mówią: <Nie ma ideałów>. [...]

         Fantazja. A wiosła? Marzenia. I znów w wątłej łódce rzucam się w wir wszechświatów, nie zważając, że mogę stracić równowagę i spaść w rozpalone łono słońca i spłonąć...”.

         Oczy chłopca płonęły. Na śniade policzki wystąpił rumieniec.

         Odgarnąłem mu włosy i pocałowałem w czoło.

         – Ty marzysz, Bronku! – szepnąłem. [...] Zbiór frazesów sztubackich. Ale w tym jest dusza twoja, która roi, poszukuje, która wiele będzie cierpiała... Nie, Broniu – słońce nie stanie, kiedy ty – młodzieniec, powiesz mu: „Stań”; gromy nie umilkną, gdy im powiesz: „Milczcie”. To tylko tak jest w wierszykach, ładnych wierszykach, ale nie w życiu. [...] Chcesz mieć we mnie przyjaciela, Bronku?

         – Tak.

         – Ale ty masz tajemnice, których nie powierzyłbyś nikomu – prawda?

         – Tak.

         – Ani mnie także?  

         – Ani panu...

         – Bronku, ty się onanizujesz – powiedziałem szybko. 

         – Nie! – wrzasnął, pochylając głowę.

         – I marzysz o sławie, bo myślisz, że prędko umrzesz na suchoty albo zwariujesz – dokończyłem.

         – I co? – szepnął, patrząc mi w oczy badawczo.

         – Nic. To nieprawda... Tylko musisz mieć kogoś, któremu ufasz – żebyś nie był sam – żebyś nie był sierotą.

Dziecko salonu. Warszawa 1906

 

xxx

         Komu nasz [Domu Sierot] program wyda się zbyt górnym, niech wspomni, że mocno wzlecieć trzeba i wzbić się wysoko, by opadając powoli przebiec jednak wiele drogi.

         Komu ten program wyda się fantastycznym może, niech pomyśli, że nie dość mieć metalowy motor, by w wyżynach szybować, ale i – skrzydła.

Ku otwarciu Domu Sierot. Warszawa 1913

 

xxx

         ...hasło „Sława”, która jest rzeczownikiem nieśmiertelnym. [...]

         Dzieci! Dumne miejcie zamiary, górne miejcie marzenia i dążcie do sławy. – Coś z    tego zawsze się stanie.

Sława. Warszawa 1913[ostatnie wznowienie 1939]

 

xxx

         Nie chcę żyć w prozie życia jak inni, czy mi z tym dobrze? Sam nie wiem. Cel, do

którego dążę, przyobleka się w coraz to nowe formy, a zawsze nieokreślone.

*

         Nie mam sił kompletnie ani się uczyć, ani czym zająć. [...]

         ...cierpię wskutek tej pogoni za niedoścignionym ideałem. Czy go dosięgnę, czy się    załamię i padnę pod ciosem losu?

*

         ...smutki osładzałem marzeniami, żyłem rojeniami. D z i ś  b o j ę  s i ę  m o i c h  m y ś- l i  i  m a r z e ń, a życie bez marzeń – to śmierć. [...]

         ...życie bez marzeń i nadziei byłoby niemożebne. Największy sceptyk i pesymista wierzy i ma nadzieję; może wstydzi się do tego przyznać, sam siebie okłamuje, wpajając w siebie zasadę, że  nie wierzy.

*

         ...nie czytam, nie marzę. [...] Czyżby starość?

*

         Marzenia – to morfina duszy.

*

         Marzenia uchroniły mnie od letargu – zawdzięczam im życie.

Spowiedź motyla. Warszawa 1914

 

xxx

         Zabawa w Robinsona zmieniała się w marzenie o podróży, zabawa w zbójców w marzenie o przygodach.

         Znów nie wystarcza życie, więc marzenie jest ucieczką od niego. Brak materiału do myślenia, zjawia się jego forma poetycka. W marzenia spływają uczucia, które nie znajdują, które nie znajdują ujścia. Marzenie jest programem życia. Gdybyśmy je umieli odczytywać, widzielibyśmy, że marzenia się spełniają.

         Jeśli chłopak z ludu marzy, by zostać lekarzem, a zostaje posługaczem szpitalnym, to wypełnił swój program życiowy. Jeśli marzy o bogactwach, a umiera na tapczanie, to tylko pozorne rozbicie marzeń: nie marzył o pracy zdobywania, a o rozkoszach trwonienia; marzył o spijaniu się szampanem, a spijał szpagatówkę; marzył o salonach, a hulał w szynkowni; chciał rozrzucać złoto, ale rozrzucał miedziaki. Marzył, by zostać księdzem, a jest nauczycielem, nie, tylko stróżem domu; ale został księdzem jako wychowawca, księdzem jako stróż.

         Marzyła, że jest groźną królową; a czy nie tyranizuje męża i dzieci, wyszedłszy za mąż za drobnego urzędnika? Marzyła, że jest ukochaną królową; a czy nie króluje w szkółce ludowej?  Marzyła, że jest sławną królową; czy nie zdobyła rozgłosu jako niezwykła, wyjątkowa szwaczka czy buchalterka?

         Co pcha młodzież do artystycznej cyganerii? Jednych rozwiązłość, drugich egzotyczność, trzecich impet, ambicja, kariera; a tylko ten jeden kocha sztukę, ten jeden z całego grona jest naprawdę artystą, ten jeden sztuki nie sprzeda; umarł w nędzy i zapomnieniu, ale marzył o zwycięstwie, a nie o zaszczytach i złocie. […] życie jest bardziej logiczne, niż sądzimy.

         Marzyła o klasztorze, znalazła się w domu rozpusty, ale pozostałą siostrą miłosierdzia, która poza urzędowymi godzinami pielęgnuje chore towarzyszki, koi ich smutki i cierpienia. Inna pragnęła bawić się i bawi się doskonale w przytułku dla rakowatych, aż umierający się uśmiecha, słuchając jej paplaniny, śledząc dogasającym wzrokiem za jej pogodną postacią…

         Nędza.

         Uczony o niej  m y ś l i, badając, projektując, tworząc teorie i hipotezy; młodzieniec 

m a r z y, że zbuduje szpitale, rozdaje jałmużnę…

         W marzeniach dzieci jest Eros, do czasu nie ma w nich Wenery. Szkodliwą jest jednostronna formuła, że miłość to egoizm gatunku. Dzieci kochają osoby tej samej płci, starców, ludzi nigdy niewidzianych, nawet nieistniejących. Nawet doznając uczuć pożądania długo jeszcze kochają ideał, nie ciało.

         Potrzeba walki, ciszy, gwaru, pracy, ofiary; chęć posiadania, używania, poszukiwań; ambicja, naśladownictwo bierne, wszystko to znajduje wyraz w marzeniu, niezależnie od jego formy.

         Życie urzeczywistnia marzenia, ze stu marzeń młodzieńca lepi jeden posąg rzeczywistości.       

Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie. Warszawa 1920, 1929

 

xxx

         ...obrazki, pocztówki, sznurki, gwoździki, kamyki, gałganki, paciorki, pudełka, flaszeczki, szkiełka kolorowe, marki, ptasie piórka, szyszki, kasztany, wstążeczki, zasuszone liście i kwiaty, papierowe figurki, bilety tramwajowe, ułamki czegoś, co było, zawiązki tego, co ma być czymś dopiero. Każdy drobiazg ma swoją często bardzo zawiłą historię i odmienne pochodzenie, i różną wartość, uczuciowo bardzo cenną niekiedy. Są tu wspomnienia przeszłości i tęsknota przyszłości. Mała muszelka jest marzeniem o podróży do morza, śrubka i kilka drucików – aeroplan, dumne rojenie o lotnictwie; oko dawno stłuczonej lalki – jedyna pamiątka po ukochaniu, którego już nie ma i nie będzie. [...]

         ...wychowawca-brutal, nie rozumiejąc, więc lekceważąc, w gniewie, [...] w przystępie złego humoru – zbiera te skarby do kupy i wyrzuca śmiecie do pieca. Popełnia niesłychane nadużycie, barbarzyńskie przestępstwo. Jak śmiesz, chamie, rozporządzać się cudzą własnością? Jak śmiesz potem żądać, by dzieci cośkolwiek szanowały i kogokolwiek kochały? Palisz nie papierki, a ukochanie tradycji i rojenie o pięknym życiu.

Jak kochać dziecko. Dom Sierot. Warszawa 1920, 1929

 

xxx

         Trzeba kochać życie. Kochać i wysoko cenić każdą godzinę, każdą chwilę. Nie jest zmarnowana godzina, w której dziecko b a w i  s i ę, a młodzieniec – m a r z y. Jeśli tylko marzenie jest cichym wypoczynkiem, a nie rojeniami, upiększającymi dramatyczną teraźniejszość.

[tłum. z j. żydowskiego] Błędne myślenie.„Dos Kind“ 1926, nr 4

 

xxx

         Siostrą marzenia jest nadzieja.

Prospekt ­„Małego Przeglądu” na rok 1927–28. „Mały Przegląd” 1927, nr 49

 

xxx

         Ach, marzenia młodości.

         Przyjemnie w cichym pokoju albo w łóżku myśleć o tym, co będzie. Marzyć o podróżach i przygodach, że się jest sławnym wodzem albo rozdaje biednym pieniądze, że się jest uczonym, poetą, śpiewakiem albo skromnym nauczycielem, szanowanym i kochanym przez ludzi.

         Marzy się, że nie wszystko się udawało, że były przeszkody, trudności, nawet walki i niebezpieczeństwa. – Ale przeszkody są przyjemne w marzeniach, bo dzięki nim dłuższa bajka, samemu sobie opowiadana, bo można w każdej chwili zwyciężyć, i dobrze się skończy.

         Pytałem się raz w klasie: czym kto chce być. – Jeden chłopiec powiedział:

         – Czarnoksiężnikiem.

         Zaczęli się śmiać. – Chłopiec zawstydził się i dodał:

         – Będę pewnie sędzią, jak mój tatuś; ale pan się przecież pytał, czym chcę być.

         I taki właśnie śmiech, a potem i przezwiska uczą nieszczerości i ukrywania. Przecież każde marzenie jest jakby bajka czarnoksięska.

         A pożyteczne i ważne są marzenia. Nie od razu wiec człowiek, do czego się ma przygotować. Rozmaicie układa, aż z różnych dziesięciu marzeń jeden program życia układa.

         Jaka jest różnica między marzeniem a programem?

         Marzenie jest wypoczynkiem, przyjemnością, nie nakłada żadnych obowiązków. Mówią:

         – Buja w obłokach, myśli o niebieskich migdałach, pragnie gwiazdki z nieba.

         No tak: płynie samolotem wyobraźni, myśli dla rozrywki o tym, czego nie ma, wpatrzony w gwiazdy. – Tęskni, pragnie. Właśnie.

         Dorośnie do programu, który jest poważny, surowy, twardy. Żąda, obowiązuje.

         Program – to jak ślubowanie, przysięga na sztandar życia.

         Postanowił, zaczyna i dąży z wolna i wytrwale.

         – Z geografii mam piątkę, uczę się obcych języków, oglądam mapy, atlasy, poznaję dokładnie swoje miasto i okolice, czytam powieści o przygodach. o zwierzętach i ludziach. Będę podróżnikiem.

         – Chętnie rozmawiam i bawię się z młodszymi. Odpowiadam cierpliwie na ich pytania, objaśniam, tłumaczę, pomagam, słucham ich skarg. Dobry jestem dla małej siostry albo brata. Opowiem bajkę, pokażę obrazki, pożyczę książkę, łagodny i wyrozumiały. Będę nauczycielem.

         –  Staram się poznać własne wady i zalety. Złośnik nie może być ani wodzem, ani pilotem, ani wychowawcą dobrym. – Chcę być sprawiedliwym, punktualnym, rozważnym, odważnym, karnym i szczerym.

         – Chcę mieć silną wolę.

         Kto tylko marzyć umie i czeka, aż samo przyjdzie i samo się zrobi – ten może dąsać się będzie, że jest inaczej i trudno.

         – Kocham to, co trudne. Chcę zdobywać, chcę być zwycięzcą. Znam siebie. Umiem milczeć i rozkazywać. Jestem mężny i cierpliwy. Łagodny dla innych, surowy dla siebie. – I wesół: nie dąsam się, nie oskarżam.

         – Mam tyle lat, ile mam. Nie wstydzę się mej młodości ani moich myśli, ani uczuć. – Zmuszę do szacunku dla siebie i celu, któremu służę.

 Prawidła życia. Warszawa 1930

 

xxx

         Trzeba wiedzieć, trzeba ufać, trzeba nawet marzyć.

Stenogram Jubileuszowego Zebranie Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”,26 XI 1933

 

xxx

         ...trzeba być ostrożnym w czynach i odważnym, szalonym w rojeniach.

list do rodziny Simchoni [z Ein Harod, Palestyna], 17.2.1935

 

Powyższe teksty ale jako plik tekstowy WORD - pobierz

Powrót do Biuletynu

 

© 2003 - Polskie Stowarzyszenie im. Janusza Korczaka - Wszelkie prawa zastrzeżone

design by TONER