Kochani Korczakowcy!      

         Czego ja szukam w tekstach Korczaka:

- mistrzostwa w postrzeganiu szczegółu, konkretu, prawdy dnia codziennego, obserwowanych z niebywałą ciekawością świata, a również i z sympatią, ciepłem – gdybyśmy umieli tak „celebrować codzienność”, rutyna i nuda nie osłabiałyby zbyt łatwo naszej dobrej woli czy intencji,

- umiejętności stawiania celnych, twórczych pytań, czyli i tych bolesnych dla naszej samooceny, i licznych tam, gdzie, zdawałoby się, wystarczy tylko postawić jedno, dwa; nigdy (chyba?) dość przypominania Korczakowskiej tezy o wyższości pytania nad odpowiedzią – ale jak to rozumiemy?,

- literackiej spowiedzi, możliwości spotkania z tak silną wewnętrznie Osobowością, złożoną a prostą (trzeci tekst pisany był, kiedy świat się wokół walił…).

                                                      Marta Ciesielska

 KORCZAKIANUM, 2 lutego 2005

        

Janusz Korczak: Strzyżenie. „Wychowawca” 1934 nr 1, III, s. 5–8

Kiedy jako student wyjechałem pierwszy raz na kolonie, uzbroiłem się w zapas bajek i piosenek, piłek i ogni bengalskich; a skompromitowałem się pierwszego zaraz wieczora przy rozdawaniu bielizny.

            Rychło zrozumiałem, jak ważne dla wychowawcy umieć szybko krajać chleb, sprawnie rozdzielić agrest czy jajecznicę, bezboleśnie wyjąć drzazgę z ręki lub węgielek z oka; wysoko podbić piłkę i wydobyć z rynny; poprawić pasek czy szelki, wystrugać fujarkę, rozpalić ognisko, zmajstrować wózek lub latawca; wyżąć ścierkę do sucha; oczyścić trzewiki, żeby się świeciły; rozwiązać supeł i obrać kartofle. – Kiep wychowawca, który kontrolując dyżury, nie zna ich trudności. Posłanie łóżka i wymycie miseczki też kryją swe tajemnice.

            Z wolna nauczyłem się rozumieć, że dzieci nieco inaczej nadają rangi i na innych zasadach uznają autorytet (samorzutny, nie nakazany). – Łatwiej wierzą słowom, gdy na uznanie zasługują czyny. Działanie pozawychowawcze, ulepszenia i wskazówki oczywiście pożyteczne – decydują o posłuchu – życzliwości, i przygotowują teren do zaufania. W bilansie dnia wychowawcy – obok tego, co nagadał, winno być i to, co zrobił; obok tego, co nakazał i zakazał – i to, czym się przysłużył.

            Nie nazbyt wrażliwy na pochwały, z żywym zadowoleniem słuchałem:

            – Kiedy pan obcina paznokcie, to wcale nie boli.

            – Jak pan myje głowę, to nie drapie tak pazurami.

            – Wcale nie czuje się, jak pan strzyże.

            Byłem świadkiem takiej sceny: wychowawca strzyże; chłopiec raz w raz kręci głową (boli). Zniecierpliwiony uderza go maszynką w głowę:

            – Idź precz, durniu...

            Dokończyłem strzyżenie.

            Boli, gdy jest strupek na głowie.

            Boli, gdy jest guz lub niewidoczny siniak.

            Boli, gdy na skroniach, na szyi, nad uszami – włosy zlepione źle spłukanym mydłem (należy rozczesać pod włos przed strzyżeniem).

            Boli, gdy między zęby maszynki ułożył się włosek (rozkręcić – wydmuchać).

            Boli, gdy jest nadwrażliwość skóry (h y p e r e s t e z j a). Tak – właśnie u tych kapryśnych, a po lekarsku nie krnąbrnych, ale nerwowych.

            Boli wreszcie, gdy maszynka wadliwa.

            Maszynka – niezwykle subtelne narzędzie, sprawność jej działania – to dokładność do grubości włosa.

            Już dziś wiem, że włosy miękkie wymagają, by na drgnienie nacisnąć śrubką blaszkę-regulator.

            Wiem po wielu latach i wielu próbach:

            1. że starannie wybrać należy maszynkę, bo ta od urodzenia może być wadliwa. (Pamiętam nikczemne z czarnej blachy okupacyjne maszynki niemieckie),

            2. wiem, że starannie należy ją oczyścić, naoliwić, złożyć – i na klucz zamknąć w szufladzie, żeby się nie dostała w niepowołane ręce,

            3. wiem, że nawet miesięcznemu dziecku wierzyć trzeba, gdy drgnie z bólu, choćby powód tego bólu był mi niezrozumiały.

            Wiem, że nie ma tu „kapryśnych”, ale są bojaźliwe: gdy zdobyły smutne doświadczenie, że strzyżenie może być torturą wyrywania włosów.

            Pamiętam czterolatki, które drżąc i głowę chowając w ramiona (najodważniejsze – na ochotnika), znęcone cukierkiem – gdy szły, jak skazańcy; a potem prosiły, by je strzyc co dzień. I z uśmiechem:

            – To wcale nie boli; ja się wcale nie boję.

            I miła gawęda towarzysko-fryzjerska.

            Starsi chłopcy wzdychają do czupryny, i nie widzę racji, by wszystkich i koniecznie „zerem”.

            – Jak katorżnicy...

            Raz na pięć tygodni „jedynką”. Czyni to przy stu wychowańcach (więc dwudziestu tygodniowo) tylko dwie godziny miłej pracy, która daje wytchnienie: myślisz, o czym chcesz, lub krótka rozmowa ze strzyżonym, pytanie, albo rada życzliwa – bywało, pogodzenie się ze skłóconym.

            O ile chodzą do szkoły, gdzie wolno mieć „jeża”, czemu nie pozwolić?

            Przed kilku laty wezwany byłem do sądu jako ekspert w bolesnej sprawie: uczeń szkoły handlowej zastrzelił dyrektora i usiłował popełnić samobójstwo; ostatnią kroplą goryczy była szykana, że nie miał przepisowo ostrzyżonych włosów. Tyle dręczących rygorów; komu trzeba, by ich było więcej?

            Nie „drobiazg”, bo wiąże się z zagadnieniem, czy: porozumienie z dziećmi, czy – przeciw i na przekór – dwa obozy. Czy lenistwo, lekceważenie i brutalny ucisk wychowawcy-oprawcy; a bezsilny, głuchy, tajony gniew i żal wychowańca-ofiary; przymierze czy walka. Strzyżenie – jeden z licznych podobnych odcinków zatargów.

            Nie wolno...

            Nie wolno, by zabieg sprawiał ból fizyczny.

– Paznokcie obcina do kości.

(I tu należy umieć i mieć odpowiednie nożyczki.)

            Nie wolno powierzać bez kontroli strzyżenia totumfackiemu – starszemu wychowańcowi; bo jeśli nawet umie, czy nie nadużyje władzy, jednych faworyzując, mszcząc się na niemiłych?

            Nie wolno ustanawiać dla siebie hierarchii czynności, bo wszystkie równie ważne i równie czcigodne, jeśli dają dziecku łagodne dobro; dają dobro dziecku, pokrzywdzonemu przez los, często rozpalonemu, nadąsanemu, zbuntowanemu – nieufnemu: by ktoś kiedyś w czymś czynił dla niego życzliwie i bez gniewu – pogodnie.

 

Miłym chalucom [syjonistyczne organizacja, wzorowana na skautingu] na wolną chwilę do odcyfrowania, 30 I 1942

Chcę, bo kocham. – Chcę, więc umiem. – Chcę, więc mogę. – Chcę, bo wierzę.

          Chcę tylko dla siebie, bo za siebie tylko, nie za innych – kocham, wiem, umiem, chcę i wierzę.

          Moja miłość, moja wiedza, moja moc i moja wiara – w wiernej służbie Wam i u Was, w pracy znojnej dla Was, w drodze mozolnej do Was i ku Wam.

          Wiem i wierzę.

          Jakże piękna jest wiedza, gdy waha się, gdy nie ufa sobie, gdy szuka w sobie i wokoło błędu, nawet nieświadomego kłamstwa.

          Jakże piękna jest wiara bez wątpliwości, bez zastrzeżeń, bez obawy, że mogę się mylić.                                                                Szalom [hebr. pokój; tradycyjne słowo powitania i pożegnania]

 

Powyższe teksty ale jako plik tekstowy WORD - pobierz

 

 

© 2003 - Polskie Stowarzyszenie im. Janusza Korczaka - Wszelkie prawa zastrzeżone

design by TONER