|
Janusz Korczak i tragedia najmłodszych w warszawskim
getcie
Ks. Stanislaw Musial SJ
-
Tygodnik Powszechny
Doktor
Korczak dostąpił daru, o który ludzie prosili Boga od
wieków: by dał im moc zmieniania tego, co da się zmienić,
i zaakceptowania tego, czego się nie da odmienić, a także
zdolność rozróżniania jednej sytuacji od drugiej.
W 1942
roku, ostatnim roku swego życia, dr Janusz Korczak
wystąpił z zaskakującą i nie w pełni jak dotąd
„rozszyfrowaną” inicjatywą: postanowił ubiegać się o
stanowisko wychowawcy w największym zakładzie opiekuńczym
dla dzieci w getcie warszawskim, w Głównym Domu
Schronienia przy ul. Dzielnej 39. Dotąd dr Korczak
kierował od 30 lat Domem Sierot, który w warunkach getta
utracił swe dawne przeznaczenie i stał się po prostu
przytuliskiem, przy czym liczba podopiecznych podwoiła się
i wzrosła do 200. Przyjmowano tutaj raczej dzieci starsze,
nie zaś niemowlęta czy maleństwa. Do Głównego Domu
Schronienia trafiały zaś, choć nie wyłącznie, najmniejsze
i małe dzieci. Liczba wszystkich dzieci w tym zakładzie
wynosiła w styczniu 1942 roku - 550.
Umieralnia
przy Dzielnej
Placówka
przy ul. Dzielnej 39 uchodziła za ”umieralnię dzieci”.
Prof. Ludwik Hirszfeld tak opisał sytuację, jaka panowała
w Głównym Domu Schronienia podczas okupacji: ”Było to
piekło na ziemi... Przy wejściu uderzał zapach kału i
moczu. Niemowlęta leżały zanieczyszczone, pieluch nie
było, zimą mocz zamarzał i na tym lodzie leżały zamrożone
trupki. Dzieci nieco starsze siedziały po całych dniach na
podłodze lub ławeczkach, kiwały się monotonnie, jak
zwierzęta, żyły od posiłku do posiłku, oczekując marnej,
zbyt marnej strawy. Szalał dur plamisty, czerwonka.
Lekarze nie byli złymi ludźmi, ale nie potrafili opanować
niesłychanego wprost złodziejstwa personelu żerującego na
tej nędzy”. Faktycznie, w styczniu 1942 r. zmarło w
Głównym Domu Schronienia aż 96 dzieci.
Dlaczego
zatem dr Korczak postanowił zająć się placówką największą
i najtrudniejszą - on, który w tym samym czasie pisał o
sobie, że czuje się już stary i że coraz bardziej
opuszczają go siły? Czy tę jego nową inicjatywę traktować
trzeba jako ostatni zryw zmęczonego i słabnącego
człowieka?
Mogłoby się
wydawać, że Korczak chciał zaprowadzić porządek w Głównym
Domu Schronienia. Na tę interpretację wskazywałby list,
jaki on sam skierował do Izby Lekarskiej przy ul. Leszno 3
(na ręce dr Anny Braude-Hellerowej, przewodniczącej
Komisji Zdrowia Rady Żydowskiej) 11 lutego, w dniu objęcia
nowego stanowiska ”na okres próbny czterech tygodni”:
”Zdecydowałem zamknąć się w obozie koncentracyjnym dla
sierot okrzyczanego na całą dzielnicę Sierocińca Dzielna
39 (jeśli wierzyć alarmom, umiera tam parę dziesiątków
dzieci dziennie). Karkołomne przedsięwzięcie, ale trzeba
spróbować zaradzić temu. Nie bardzo wierzę w powodzenie,
ale nie można poprzestawać na westchnieniach i okrzykach
zgrozy”.
Faktycznie,
Janusz Korczak z właściwą sobie pedanterią przystąpił do
reformowania placówki, choć jego kompetencje do końca
pozostały niejasne. Z iście aptekarską dokładnością
odnotowywać będzie, dekada po dekadzie, tragiczną sytuację
materialną zakładu i gehennę swoich podopiecznych (na
przykład co sobotę ważył będzie wszystkie dzieci). Dużo
sił kosztować go będzie walka ze zdemoralizowaną częścią
wychowawców i personelu. Zachowała się sporządzona przez
niego lista dwóch grup współpracowników: grupy
”pracowników wartościowych” i grupy ”szkodników”; trzeba
tutaj jednak zaznaczyć, że nie wszystkie korczakowskie
oceny osób na stanowiskach w getcie okazały się słuszne i
trafione; być może uprzedzenia wobec niektórych były
wynikiem jego przepracowania i rozgoryczenia.
Namiastka
matki
Zmysł
praktyczny, jakim niewątpliwie w wybitnym stopniu Janusz
Korczak był obdarzony, kazał mu wystąpić w marcu, pod
koniec stażu w Głównym Domu Schronienia, z inicjatywą,
która może szokować. ”Proponuję - pisze dr Korczak -
utworzenie centralnej sortowni dla ”topielców”” (chodzi o
dzieci nie mające szans na przeżycie - SM). Tu decyzja.
”Czy próbować jeszcze ratunku, czy tylko łagodzić
cierpienia przedostatniej drogi (eutanazja)”. Przy innej
okazji, w rozmowie z dr. Mieczysławem Konem (Kowalskim),
kierownikiem Wydziału Zdrowia Rady Żydowskiej, Korczak
powie: ”Jeżeli nie możemy ich przywrócić do życia (chodzi
o dzieci, które są praktycznie już nie do uratowania - SM),
to przynajmniej zapewnijmy im ludzką i porządną śmierć”. W
tej samej rozmowie zaproponuje zorganizowanie umieralni
dla dzieci: ”Coś w rodzaju wielkiego pokoju z półkami jak
w sklepie... To nie wymaga dużo miejsca ani kosztów”.
Korczak
będzie za tym, by dzieci bez szansy na przeżycie nie
zostawały razem z tymi, które taką szansę jeszcze
posiadają, a to ze względu - rzecz poniekąd dziwna - by
zaoszczędzić wychowawcom deprymujących przeżyć (”Nie
targać nerwów wychowawców widokiem konających dzieci -
starczych szkieletów”, tak pisał w cytowanych wyżej
notatkach z 5 marca). Trzeba tutaj wyraźnie dodać, że
Korczak był przeciwny ”eutanazji”, czyli temu, co nazywamy
dzisiaj eutanazją aktywną. W zapiskach z getta (nazwanych
przez wydawców ”Pamiętnikiem”) pisał: ”Kiedy w ciężkich
godzinach ważyłem projekt uśmiercania, usypiania skazanych
na zagładę niemowląt i starców żydowskiego getta,
rozumiałem to jako morderstwo w stosunku do chorych i
słabych, jako skrytobójstwo odnośnie do nieświadomych”.
Notatki z
marca zamykają się zaskakującym zdaniem: ”Zgłaszam
kandydaturę na ordynatora oddziału konających dzieci”.
Jeśli to zdanie Korczaka brać na serio, a nic nie
przemawia za tym, żeby go tak nie traktować, to nasuwa się
pytanie, skąd ta zmiana opcji u Korczaka-wychowawcy?
Wydaje mi się, że w tragicznej sytuacji getta dr Korczak
chciał się poświęcić tym dzieciom, które go najbardziej
potrzebowały. A za takie uznał najmniejsze i umierające. W
”Pamiętniku” odnotowuje scenę, którą zobaczył na ulicy
(odnotowuje ją w dwu miejscach, z czego widać, że zrobiła
na nim wielkie wrażenie): chłopcom, bawiącym się w getcie
lejcami w woźnicę i konie, przeszkadzał trup leżącego na
ziemi ich rówieśnika; przesunęli go zatem nieco dalej i
jak gdyby nigdy nic powrócili do zabawy.
Instynkt
życia u starszych dzieci jest silniej rozbudzony, mogą
więc one łatwiej poradzić sobie w trudnościach. Co innego
z maleńkimi dziećmi. Te zdane są na bliskość innych.
Niemowlę, czy też bardzo małe dziecko, nie wie jeszcze, co
znaczy śmierć. Najbardziej tragicznie przeżywa rozłąkę z
matką - to jest jego doznawanie ”śmierci”. Nie potrafi
jeszcze ”rozdzielić” matki od siebie. Stanowi ona z nim
jedną całość. Korczak wiedział, że owym umierającym
dzieciom może dać po prostu bliskość, choćby to miała być
tylko namiastka obecności matki.Dotyczyło to oczywiście
nie tylko niemowlaków. W ”Pamiętniku” opisuje, jak mała
dziewczynka tuli się do niego i mówi ”Mamusiu!”. Podobnie
było z opowiadaniem dzieciom bajek. Uważał, że gdy dziecko
o to prosi, należy bajkę powtórzyć czy też opowiedzieć
kolejną. Bajka zawiera bowiem w sobie nie tylko ładunek
nadziei. Dla dziecka liczy się także obecność przy nim
dorosłego.
Obecność do
końca
Można
zaryzykować stwierdzenie, że Janusza Korczaka interesowała
nie tyle śmierć dziecka jako taka, choć pisał także o jego
prawie do śmierci (by nie krępować dziecka w jego
możliwościach życiowych: ”wyrywając” bowiem dziecko
zagrożeniom życiowym, można ”wyrwać” je życiu).
Interesowała go przede wszystkim jakość życia dziecka (czy
w ogóle człowieka). Wątpię, by prowadził z dziećmi rozmowy
na temat śmierci. Temat śmierci był oczywiście obecny w
jego myśli i praktyce wychowawczej, ale jako podkreślenie
jednorazowości życia ludzkiego. Stąd brała się troska o
uczenie dziecka odpowiedzialności za swoje życie.
O wielkości
Korczaka świadczy nie tylko jego bohaterska posługa
dzieciom (na ulicy Dzielnej wstawał w nocy dwa razy, by
wynosić dziesięć wielkich kubłów z nieczystościami -
praca, którą wcześniej wykonywały starsze dzieci), nawet
nie jego dobrowolne pójście z wychowankami na śmierć, ale
przede wszystkim postawa. Postawa ta streszczała się w
pytaniu: co mogę w danej sytuacji zrobić najlepszego,
choćby okoliczności były po temu jak najmniej sprzyjające
czy też wręcz tragiczne? Doktor Korczak dostąpił daru, o
który ludzie prosili Boga od wieków: by dał im moc
zmieniania tego, co da się zmienić, i zaakceptowania tego,
czego się nie da odmienić, a także zdolność rozróżniania
jednej sytuacji od drugiej. Dodatkowym rysem wielkości
Janusza Korczaka był brak nawet cienia nienawiści do
prześladowców i oprawców, tak u niego samego osobiście,
jak też w jego ”programie” wychowawczym. Nic tak bowiem
nie niszczy życia od wewnątrz, jak uczucie nienawiści do
innych.”
Ciężka to
rzecz urodzić się i nauczyć się żyć - pisał Korczak w
notatkach z getta. - Pozostaje mi o wiele łatwiejsze
zadanie: umrzeć. Po śmierci może być znów ciężko, ale nie
myślę o tym. Ostatni rok czy miesiąc, czy godzina.
Chciałbym umierać świadomie i przytomnie. Nie wiem, co
powiedziałbym dzieciom na pożegnanie. Pragnąłbym
powiedzieć wiele i tak, że mają zupełną swobodę wyboru
drogi”.
Pozostając
w ”piekle” getta dr Korczak nie przypuszczał, że może ono
posiadać jeszcze inne, ”czarniejsze” dno - i on, i jego
wychowankowie staną równocześnie w obliczu śmierci. Co
mówił dzieciom w chwili śmierci 4 sierpnia 1942 roku? Czy
w ogóle mówił do nich cokolwiek? Może przerażonym dzieciom
dodawał otuchy tylko obecnością i pokojem w swoich oczach?
Genialnie pokazał to Andrzej Wajda. Dr Korczak idzie z
wychowankami na śmierć. U każdego palca jego rąk uwieszone
jest dziecko. Obecność do końca. Obecność bez końca. Dr
Korczak - ordynator oddziału dzieci konających.
We
wszystkich wojnach najczęstszymi ofiarami są dzieci.
Dotyczy to zwłaszcza II wojny światowej - prawdziwej
”wojny przeciw dzieciom”. To przeciw nim przede wszystkim
skierowana była nienawiść okupanta. Dotyczy to dzieci
polskich, ale w szczególny sposób dzieci żydowskich. Na 6
milionów Żydów zamordowanych przez nazistów i ich
popleczników półtora miliona stanowiły dzieci. Czy można
sobie wyobrazić sumę przerażenia w oczach tych dzieci,
ciężar ich cierpienia w chwili umierania? Ciężar, od
którego zatrząsł się wówczas świat, ale który - jak się
wydaje - nie wstrząsnął jeszcze dostatecznie sumieniami?
Powyższy
tekst jest rozszerzoną wersją referatu wygłoszonego
podczas sesji ”Korczak: nowa antropologia wychowania”,
która odbyła się w dniach 19-21 września na Uniwersytecie
Warszawskim. W sesji uczestniczyli historycy,
literaturoznawcy, pedagodzy, psychologowie i filozofowie z
Anglii, Izraela, USA, Holandii, Niemiec, Szwecji oraz
Polski, m.in. Zygmunt Bauman, Anna Sobolewska i Wojciech
Eichelberger. Śródtytuły pochodzą od redakcji.
powrót
|