Ocalić od zapomnienia Janusza Korczaka
Ks. Jan Twardowski opowiada Ks. Waldemar Wojdecki notuje


- Księże Janie, wiem, że jesteś jednym z nielicznych żyjących, którzy znali Janusza Korczaka. Jak doszło do Waszego poznania?

- W czasach gimnazjalnych poszukiwałem kontaktu z Januszem Korczakiem, który mnie fascynował. Korczak prowadził wówczas "Mały Przegląd". Poszedłem do redakcji i najpierw poznałem Leona Harari, który tam pracował. Nie tylko zaprowadził mnie do Korczaka, ale okazał mi swoje zainteresowanie, a nawet sympatię i życzliwość, tak że niemal od razu zaprzyjaźniliśmy się. I była to chyba najbardziej niezwykła przyjaźń w moim życiu. Na pozór wszystko nas dzieliło. Wychowaliśmy się w odmiennych środowiskach, odmiennej tradycji, religii i kulturze, a jednak nam to nie przeszkadzało, doskonale się rozumieliśmy. Potrafiliśmy całymi godzinami chodzić po Warszawie i rozmawiać. Odwiedzaliśmy się w naszych domach. Interesowaliśmy się swoją odmiennością, a nawet, mogę powiedzieć, dopełnialiśmy się.

- Ale wróćmy do Korczaka. Zaskoczyłeś przed laty wszystkich: Polaków i Żydów, gdy odprawiłeś w kościele Sióstr Wizytek w okresie Bożego Narodzenia Mszę Świętą za Janusza Korczaka.

- Można zapytać, dlaczego właśnie Msza św. w intencji Janusza Korczaka, Starego Doktora, przyjaciela dzieci. Przecież nie przypada wtedy ani rocznica jego śmierci, ani urodzin. Przeżywaliśmy jednak okres Bożego Narodzenia, w którym chrześcijanie całego świata gromadzą się przy Dziecku. Reverentia puero - jak mówili starzy. Janusz Korczak był chyba jednym z najserdeczniejszych mędrców, którzy pokłonili się Dziecku. Stąd ten nieoczekwiany może dla wielu związek pomiędzy czasem, który przeżywamy, a Mszą Świętą. Na półtora roku przed II wojną światową przed mikrofonem Polskiego Radia tak przemawiał Janusz Korczak, dr Henryk Goldszmidt, zwany powszechnie Starym Doktorem, w jednej ze swoich "Gadaninek" pt. "Samotność i starość": Żyłeś ile przeorałeś ile wypiekłeś chleba dla ludzi ile włożyłeś pod budowę - zanim odejdziesz ile przyszywałeś guzików ile połatałeś ubrań Ile cerowałeś komu i ile dawałeś ciepła jaka była twoja służba kogo wsparłeś, kiedy się zachwiał kogo uczyłeś nie spekulując na pokaz, wdzięczność, zapłatę. Znamy z lektury i legend ostatnie chwile życia Starego Doktora - budzącego sumienie. Wyrzucony przez Niemców z Getta w środę 5 sierpnia 1942 r., stanął na czele 200 podopiecznych dzieci, niosących zielony sztandar Domu Sierot - na punkt przeładunkowy przy ul. Stawki. Nie znamy dalszego przebiegu tej krótkiej już, bezpowrotnej podróży wprost do komór gazowych w Treblince. Wiemy tylko, że nie opuścił dzieci, choć mu proponowano uwolnienie i możliwość osobistego ratunku. Trzymał je za ręce. Razem zginęli. Odszedł w wytartym mundurze polskiego lekarza wojskowego, jaki nałożył w pierwszym dniu wejścia Niemców do Warszawy i nosił ostentacyjnie aż do śmierci. W wierszu Krystiana Krzemińskiego "Janusz Korczak" są takie słowa: Pan Wszechrzeczy przydzielił Januszowi Korczakowi tłumy sióstr i braci najmniejszych a oni go przyjęli bo cokolwiek czynił sprawiedliwe to było na przykład wtedy gdy poszedł z nimi za bramę którą rychło zamknięto wiem że Pan Wszechrzeczy wyszedł im naprzeciw szóstego sierpnia 1942 roku w Treblince. Nie obawiam się mówić o Korczaku rzeczy już znanych, bo te rzeczy znane są wciąż jednakowo wzruszające i bliskie; obawiam się, że będę mówił jednym tchem, nieskładnie, mocno nie po kolei, jak dziecko, które chce powiedzieć o kimś, kogo kocha, wszystko, ale nie wie, co najpierw, co potem, co ważne, a co mniej ważne - bo wszystko wydaje się wtedy najważniejsze. Janusz Korczak był wychowawcą. Porzucił praktykę lekarza medycyny, aby wychowywać dzieci. Stał się bezdzietnym ojcem niezliczonej ilości cudzych dzieci. Założył dwa sierocińce - jeden żydowski na ul. Krochmalnej, drugi chrześcijański w Pruszkowie, przeniesiony potem na Bielany. Maria Grzegorzewska w "Listach do młodego nauczyciela" pisze, że był wychowawcą niezwykłym. Wyzwalał prawdę już samą swoją obecnością. Każdy, kto obracał się przy nim - czuł się sobą. Wyczuwało się przy nim marność frazesów, form nieistotnych. Tęskniło się za czystością, prostotą jego myśli, które niosły ludziom jego pełne smutku i zadumy dobre oczy. Był odrębnym filozofem. Kiedyś tak przemawiał do wychowanków wyruszających w daleką drogę, którą nazywał życiem: "Nie dajemy wam Boga, bo sami musicie Go odszukać we własnej duszy, w samotnym trudzie. Nie dajemy wam Ojczyzny, bo musicie odnaleźć ją własną pracą swego serca i myśli. Nie dajemy wam miłości do ludzi - bo nie ma miłości bez przebaczenia, a przebaczenie to wielki mozół i trud, którego trzeba się podjąć. Dajemy wam tęsknotę za lepszym życiem, którego nie ma, a które kiedyś będzie. Może ta tęsknota doprowadzi was do Boga, Ojczyzny i Miłości". Był związany z kulturą i obyczajem polskim. W curriculum vitae podaje, że w okresie Bożego Narodzenia ojciec oprowadzał go po jasełkach i szopkach. Wychowywał się w twórczości Brzozowskiego i Świętochowskiego, Nałkowskiego, Dawida, Dygasińskiego, Konopnickiej, Prusa. Jako chłopiec wyczekiwał kiedyś w parku w Nałęczowie z takim wzruszeniem, z jakim kiedyś oczekiwał Sprężycki we "wspomnieniach niebieskiego mundurka", przejeżdżającego Syrokomli. Był pisarzem. Kto z nas nie pamięta jego "Króla Maciusia I" i "Maciusia na bezludnej wyspie", jego "Pedagogiki żartobliwej", jego "Sam na sam z Bogiem - czyli modlitwy tych, co się nie modlą". Znał język dziecka - mówił o zegarku obiecanym przez wujka, o kolorowych ołówkach, jednym kasztanie znalezionym w parku, o kurze, kucyku, pieczątce, o wycieczce łódką do Gdańska, o podróży w stalowej kuli dookoła Księżyca. Był lirykiem, lekko pochylonym panem z małą siwiejącą bródką, szaroniebieskimi oczami i powiekami czerwonymi często od wzruszenia, przywiązującym wagę do sentymentalnych pamiątek, starych listów i zasuszonych kwiatków, co nie przeszkadzało mu być trzeźwym, kiedy jodynował i bandażował pokrwawione palce, zaglądał do gardła, pytał o gruczoły i infekcje. Stał poza oficjalnymi wyznaniami, chociaż tak często mówił o Bogu i wracał do Biblii. Na grobie swej matki wyrył napis z Pięcioksięgu: "Nie zapomniałem Twoich przykazań ani ich nie przestępowałem". W "Trzech wyprawach Herszka" pisze: "Była wojna. Tytus spalił świątynię. Był pożar. Paliły się książki Boga, ale tylko papier się palił, litery pofrunęły i żyją". Nie był formalnie przez chrzest związany z Jezusem, ale ile z jego życia i śmierci możemy się uczyć my, chrześcijanie!

- A jak to było z tym medalionem im. Korczaka, który dostałeś? Za jakie zasługi?

- Wydaje mi się, że za tę Mszę Świętą, którą odprawiłem w jego intencji.

 

do góry

 

© 2003 - Polskie Stowarzyszenie im. Janusza Korczaka - Wszelkie prawa zastrzeżone

design by TONER