|
W ZIMOWY PORANEK
Idę ulicą. Wokoło mnie
liczny tłum handlarzy,
A wśród nich dziecię o
zakrytej twarzy
Chuścina w wielkie
kolorowe łaty,
Którą pewnie dostała
babka niepamiętnej daty,
Nosiła ją chyba ona i
matka i brat duży,
A teraz jeszcze tej
dziecinie służy.
Z pod chusty przetarte
łachmany zwisają
-
Nie bardzo mocno grzać
się wydają –
Szyła je matka z
kaftana, z fartucha
I mają służyć zamiast
kożucha...
Na nogach skarpetki
wyblakłe, podarte.
I wielkie buty ojca
wytarte.
A rączki ma od mrozu
sino-fioletowe
I trzyma w nich
świeczki – świeczki chanukowe.
I chociaż ręce drżą,
trzyma towar wytrwale
I sobie powtarza wciąż,
iż nie ma mrozu wcale.
Rozlega się dziecka
głos ochrypły, lecz miły,
Chwilami cichnie znów-
dziecię już nie ma siły.
A gdy przypomni sobie,
że głodna rodzina,
To wzmaga się znów głos
i poważnieje mina.
Tam w izbie, w
wilgotnej suterynie
Malutkie rodzeństwo
wśród nędzy ginie:
Braciszek głodny,
siostrzyczka chora,
Pieniędzy nie ma już na
doktora.
Mateczka dziecka, ta
matka kocha,
Wstaje codziennie z
samego rana,
Choć bardzo jest słaba,
każdemu pomoże,
A później pieczywo
sprzedaje na dworze.
Jest jeszcze babcia,
siwa staruszka,
Która już wcale nie
wstaje z łóżka
Ojciec nie żyje, zmarł
na suchoty,
Dużo więc w domu jest
do roboty.
A przede wszystkim
zarabiać trzeba,
By mieć dla maleństw
kawałek chleba.
Stoi więc dziecko na
mrozie za dnia,
W pudełku świeczki
kolorowe ma,
A gdy przypomni sobie –
rodzeństwo niezdrowe,
Woła jak najgłośniej:
Świeczki chanukowe!
Wieje zimny wiatr, a
mróz jest nie mały,
Tuli dziecko się,
rączki mu zdrętwiały,
Nóżki też przemarzły, a
mróz oddech ścina,
„świeczki chanukowe!”
krzyczy wciąż dziecina.
A gdy mróz się wzmaga,
gdy wiatr silniej wieje
Malutka handlarka
oddechem się grzeje.
Grzać mają oddechy tak
jak ciepłe picie...
Dziecko nie narzeka:
musi wołać „świece”
Idę ulicą. Handlarkę
minęłam, ale widzę stale
To dziecię, co stoi na
mrozie wytrwale,
Tę chudą sylwetkę, te
zmarznięte nogi,
Te ręce skostniałe i
ten strój ubogi.
I słyszę jak krzyczy,
wytężając siły,
Słyszę głos dziecka
ochrypły, lecz miły:
„Świeczki, świeczki
kolorowe.
Świeczki, świeczki
chanukowe”
Wiersz napisany w Getcie Warszawskim przez Adę Felmanówne
dnia 24.12 1940r.
Wiersz publikujemy dzięki Panu Adamowi Dembińskiemu z
Izraela - wychowankowi Janusza Korczaka.
|